Urodziłem się w rodzinie niewierzących. Nie chodziłem do kościoła. Nie pobierałem żadnych nauk religijnych jako dziecko i do 28 życia nie interesował mnie Bóg. Ewangelię traktowałem jako bajeczkę dla naiwnych. Jednak to życie przez cały czas nie oferowało nic co mnie mogłoby motywować. Generalnie, cały czas szukałem fundamentu, dla którego warto by było żyć. Fura, skóra i komóra owszem, ale po jakimś czasie zaczyna nudzić i oprócz tego we wciąż zmieniającej się rzeczywistości ta walka "o swoje" też potrafi zmienić człowieka na gorsze. Rodzina jako fundament? To jest to, pomyślałem. Ale troski życia i walka o przetrwanie też potrafią człowieka zagłuszyć. Był to też czas, że gdzie się nie obejrzałem, to chlanie wódy i wszędzie dostosowanie do innych wron. I jak tu nie pić wśród pijących aby na chwilę rozweselić swoje serca? I jak żyć i być w grupie gdy czujesz, że to nie to? Wszedłem wtedy we wschodnie medytacje, poszukując stałości, siły i mądrości. Do tej pory szedłem jak ślepiec i wszedłem jak ślepiec. Bez żadnej wiedzy zacząłem wprowadzać się w trans przez słuchanie muzyki w słuchawkach. Nie wdając się w szczegóły Bóg mnie uratował i wyrwał z czegoś co można nazwać opętaniem.
Byłem wtedy człowiekiem nadziei, że znajdę.
I w końcu znalazłem.
To jednak dopiero początek szukania z nadzieją i zalążkiem wiary. cdn...
